Analiza samotności

Trudno mi o tym myśleć. Chociaż jestem jak człowiek, którego można wyłączyć przed nawias i znów podstawić pod dzieje wszystkich ludzi, jakby ich wspólny mianownik - to jednak pozostaję samotny. Łatwiej mi czuć się samotnym, niż myśleć o śmierci. Samotności także nikt nie nazywa grzechem. Łatwiej mi czuć się samotnym, niż winnym grzechu. Ale przecież wiem, kim był Adam i kim jest. Stanął on kiedyś na pograniczu ojcostwa i samotności. Któż go odciął od ludzi, kto uczynił samotnym pośród nich wszystkich? A Jeśli samotnym stał się z własnej woli? A jeśli stał się samotnym po to, by innym samotność zaszczepić? - Czyż może dzisiaj mówić: "łatwiej mi czuć się samotnym niż winnym"? Przecież on osamotnił siebie pośród nich wszystkich, bo ich osamotnił. "Ach - mówił wtedy o sobie - nie mogłem udźwignąć ojcostwa, nie mogłem mu sprostać. Czułem się całkiem bezradny - i to, co było darem, stało się dla mnie brzemieniem. Zrzuciłem ojcostwo, jak brzemię. Czyż zresztą miałem być ojcem? Czy tylko kojarzyć się stale w myślach i czynach ludzi z ideą Ojca?". "On jest samotny - myślałem - cóż mnie uczyni bardziej do Niego podobnym, to znaczy niezależnym od czegokolwiek? Ach, stanąć poza wszystkim, ażeby być tylko w sobie! Wtedy będę najbliżej Ciebie". Mówiłem Mu potem, skarżąc się: "Przecież mogłeś mnie pozostawić w sferze samej płodności (jakoś bym się pogodził z przyrodą) - nie stawiając mnie w głębi tego ojcostwa, któremu nie umiem podołać! Dlaczego zaszczepiłeś je na gruncie mojej duszy? Czyż Ci nie wystarczyło, że masz je w sobie? "Cóż, niechby się ze mnie mnożyli ludzie, niechby zaludniali ziemię. Mnie mogłeś pozostawić samotnym od nich. Byłby sobie "Adam zewnętrzny" - ten by kwitł i rozrastał się, i byłby "Adam wewnętrzny" - samotny. Dlaczego żądać od niego, by przepuszczał promieniowanie Twojego Ojcostwa, przełamując je, jak w pryzmacie, w sobie samym?

Gdybyś, ulepiwszy mnie z gliny, powiedział: "Glino, lep dalej", ulepiłbym niejedno. Ty zresztą znasz najlepiej zawrotne temperatury pieców wypalających rudę - Ty, dla którego cała rachuba atomów jest najprostszą intuicją, a nie kompilacją cyfr i wzorów. Z pewnością niejedno jeszcze wyłuskałbym z Twojej inteligencji i przeszczepił w mój świat, wołając przy tym - co prawda - "to ja, to ja". Ale przecież ten świat i tak byłby Twój. Bo cóż ja?... ja, który stale przemijam. Co krok, już nie co pokolenie, ale co krok urywa się moje życie... i wciąż zaczyna się na nowo. Czyż musiałeś dotknąć mojej myśli Twoim poznaniem, które jest Rodzeniem? Czy musiałeś dotknąć mojej woli tą miłością, która jest Spełnieniem? Ja nie potrafię tak rodzić! We mnie miłość nigdy się nie spełnia. I dlatego zawiodłeś się na mnie. Czyż nie wołałem od razu: "pozostaw mi moją samotność"? Wiem, że wołałem wbrew sobie. Ale bardziej jeszcze - wbrew Tobie. Powiem więcej: ze zbioru słów, których używam, postanowiłem wyrzucić słowo "moje". Jakżesz mogę posługiwać się tym słowem, gdy wiem, że wszystko jest Twoje? Chociaż nie Ty sam rodzisz w każdym ludzkim rodzeniu, ale przecież ten, który rodzi - już jest Twój. I ja sam bardziej jestem Twój niż "mój". Więc zdobyłem świadomość, że nie wolno mi mówić "moje" na Twoje. Nie wolno mi tak mówić, myśleć, czuć. Muszę się z tego wyzwolić, wyzuć - niczego nie mieć, niczego nie chcieć na własność ("mój" to znaczy "własny"). Czy tak jest naprawdę? Lękam się słowa "moje", choć równocześnie miłuję to, co w nim się zawiera. Lękam się jednak, gdyż słowo to stawia mnie zawsze wobec Ciebie. Analiza słowa "moje" prowadzi mnie zawsze do Ciebie. I oto ja wolę nawet zrezygnować z posługiwania się nim, niż odnajdować w Tobie ostateczny jego sens. Chcę bowiem wszystko mieć przez siebie, a nie przez Ciebie. Jest to nonsens - ilu jednak ludzi zaprzęgło się w służbę tego nonsensu? W ten sposób nie opuszcza mnie nigdy myśl, że Ty zawiodłeś się na mnie. Kiedy rodzę - to, by stawać się samotnym pośród zrodzonych, przekazuję im bowiem zarodek samotności. Czyż nie są wśród liczby coraz więcej, coraz bardziej samotni? Ilość nie stwarza miłości, a samotność bardziej rodzi walkę niż usamodzielnia. Pomyśl, ja ani przez chwilę nie doznałem tego Spełnienia, które jest w Tobie! Czyż mogę po tym wszystkim powiedzieć: daruj, że z takim uporem ja przeprowadzam mój plan? -że uchylam się stale od Twego Ojcostwa i ciążę ku mej samotności - tak, że Ty musisz się objawiać jakby w zewnętrznej próżni? Ale przecież ja jestem tylko wspólnym mianownikiem wszystkich ludzi, albo wspólnym wyrazem, który można wyłączyć przed nawias.

(Znów w przestrzeni Adama są ci ludzie, co przedtem, podchodzą jednak bliżej, jakby chcieli go otoczyć.)

Zostawcie mnie! Nie trafiajcie do mnie wciąż! Jestem tylko wspólnym mianownikiem was wszystkich - i niczego innego nie starajcie się we mnie doszukać! Skojarzenie z ideą Ojca. Między górną granicą wypełnienia człowieka człowieczeństwem a dolną wyniszczenia człowieczeństwa w człowieku pozostaje zawsze to jedno: skojarzenie z ideą Ojca... skojarzenie z ideą Ojca.

(Ludzie otaczający Adama cofają się nieco, ale nie odchodzą.)