Między spotkaniem a spełnieniem

Po jakimś długim czasie zdołałem zrozumieć, że nie chcesz, ażebym był ojcem, nie stając się dzieckiem. Dlatego właśnie przyszedł na świat Twój Syn. Jest On całkowicie Twój. Słowo "mój" znajduje w Nim bezwzględne uzasadnienie, może być wypowiadane z bezwzględnym pokryciem. Bez takiego uzasadnienia i pokrycia to słowo jest ryzykiem - jest też ryzykiem miłość. Dlaczego zadałeś mi miłość, która we mnie musi być ryzykiem? - Oto Twój Syn bierze na siebie całe ryzyko miłości. Jakże bowiem musi zaboleć słowo "moje", gdy to, co ono oznacza, okaże się potem - "nie-moje"? Z przerażeniem myślę o wysiłku i trudzie Twojego Syna, o ogromie Jego miłości. Ileż wziął na Siebie? Do jakich przeniknął próżni? Ileż musi zapłacić Sobą! Bo przecież we wszystkich zostaje wspólny mianownik naszej samotności, a w nim wbrew wszelkiej logice istnienia "moje" wciąż stara się wyprzeć "Twoje". Także ja mogłem stać się synem? Nie chciałem nim być. Nie chciałem przyjąć cierpienia, jakie stwarza ryzyko miłości. Myślałem, że mu nie sprostam. Byłem za bardzo zapatrzony w siebie - wtedy miłość jest najtrudniejsza. Kiedy przyszedł Twój Syn, ja pozostałem nadal wspólnym mianownikiem wewnętrznej samotności człowieka. Twój Syn pragnie w nią wejść. Pragnie tego, bo miłuje. Samotność sprzeciwia się miłości. Na granicy samotności miłość musi stać się cierpieniem: Twój Synu cierpiał. I oto jest nas dwóch w historii każdego człowieka: ja, z którego poczyna się i rodzi samotność - i On, w którym samotność zanika, a na nowo rodzą się dzieci. Wielu ludzi patrzy na życie Twojego Syna, na Jego cierpienie i śmierć, wielu poszło drogą, którą On idzie. Ja nie jestem poza Nim. Nie jestem przeciw Niemu, Podziwiam Go i uwielbiam - a równocześnie stawiam Mu opór. Czynię to w dużej mierze dlatego, że mnie nie stać na cokolwiek innego. Czasem łączy się z tym miraż wielkości. Ale trudno mi trwać w poczuciu własnej wielkości, jeszcze trudniej niż w poczuciu samotności. W samotności można się ukryć i zapomnieć. Co natomiast uczynić, kiedy wciąż spadam z piedestałów? Co uczynić - gdy wracają ludzie rozbici, zamęczeni przez innych ludzi, ludzie ukrzyżowani jak Twój Syn - i wszyscy pytają tak samo: dokąd odszedł ojciec wygnany? Skąd się zjawił ojciec karzący?

(Przestrzeń Adama gwałtownie zapełnia się ludźmi. Są to ci sami, którzy uprzednio odeszli w kierunku, w którym poszła Niewiasta, i w tamtym kierunku się zapatrzyli. Przed chwilą horyzont ściemniał i ci ludzie znowu są przy Adamie. Osaczają go zewsząd i powtarzają chórem to pytanie, które on wypowiedział przed chwilą:

CHÓR

Dokąd odszedł ojciec wygnany?
Skąd się zjawił ojciec karzący?)

Wtedy pojawiły się we mnie dwie myśli. Myśl pierwsza: "Ojcowie nie wrócą do siebie, jesteś więc niepotrzebny, idź, pomieszaj się teraz z tłumem, i najlepiej zatrać się z nim razem". Myśl druga: "Ojcowie wracają przez dzieci, na gruncie dziecięcej duszy stale odżywa ojciec".