Album
ADAM
Usiądźmy w fotelu pod lampą z abażurem i weźmy do ręki album. Są to zdjęcia z najmłodszych lat. Młoda kobieta tuli w ramionach dziecko. Twarzyczka wówczas owalna (dziś pociągła), tylko oczy świecą tak samo, jak dziś. Dzieje oczu: one najbardziej zostają poprzez te wszystkie obrazy, one wszystko łączą w jeden nurt, spływa weń cech coraz więcej, w nich zostaje tożsamość duszy.
O, patrz! Gdybym ten obraz mógł zamknąć w projektorze -
oto dwunastoletnia dziewczynka z olbrzymim psem.
Psu było na imię Arpad; miał pysk rozczulający,
gdy zbliżał się do małej, kręcąc ogonem jak wiechą
i łapę poczciwie wyciągał... małe niewinne stworzenie,
jakże słucha cię cała przyroda, nawet ten olbrzym nie szczeka
- obraz pierwszy.Teraz koza: w projektorze będą wielkie rogi i łeb pochylony z ukosa -
walczysz, mała? Rogów się boisz? Drobne rączki stukają pałeczką,
jakby rogi były klawiszami ukrytego w kozie instrumentu,
w który pragniesz coś, mała, przestukać - coś, co w tobie teraz także jest
- obraz drugi.Obraz trzeci: kury. Duże kury i małe kurczęta,
z którymi się po podwórzu co dzień snujesz wydłubując kwiatki,
tak jak one wydłubują ziarnka. Potem wracasz za oszklone drzwi,
a one wracają na grzędę, bo na niej nocują w kurniku,
kiedy ty nocujesz w łóżeczku za oszklonymi drzwiami,
za werandą, za sienią, za kuchnią i za pokojem dziadunia.
Śpisz z mamą. Tata daleko...
Nie ma taty w całym tym albumie i już nigdy do niego nie trafi,
lecz czyż nie jest podobny do słońca, które grzeje twe ciałko z ukrycia,
o, jak tutaj, na czwartym obrazie?
Obraz czwarty:
siedzisz sobie tu pod parasolką, by się schować, gdy jest za gorąco.
Słońca wprawdzie nie widać na zdjęciu, lecz czujemy je wszędzie dokoła
i w tobie też.Jest tych zdjęć w albumie bardzo dużo, cały film,
wszystkie razem spięte w jedną księgę i spięte w historię jedną:
takie same wciąż tylko są oczy - tożsamość duszy.(W tym miejscu album się kończy -, dalej to, co sam już pamiętam.)
Kiedy była jeszcze w szkole powszechnej - pamiętam wówczas jej śmiech,
swobodny, dziewczęcy śmiech. Mówiło się wtedy "piszczacz",
"mały piszczacz", chcąc przez to zarazem ów śmiech określić,
czasem bowiem przechodził on w pisk - w pisk nieśmiałego pisklęcia.
Kiedy była jeszcze dziewczynką, była bardziej na zewnątrz mnie,
choć na pozór dzieje się odwrotnie...
Odrabiała po południu lekcje: algebrę szybko,
na zeszycie z polskiego kleks, dość często kreśliła wyrazy,
z ortografią raczej w porządku, choć nie łatwo się wypisywała.
Potem jeszcze lekcja z geografii, potem jeszcze domowy rysunek -
i wreszcie swoboda, swoboda: można biegać długim korytarzem,
nie przewróciwszy sprzętów, można się kręcić w kółko,
nie musnąwszy nawet czegokolwiek, można piszczeć...
"przyszedł tata" - skrada się chyłkiem w jakichś takich swoich cichołazach,
by znienacka pociągnąć za rękaw i przygarnąć się"tutaj jestem".
Biedne dziecko - myślałem - biedne dziecko, nigdy
nie ujrzy już ojca...
- "czy ty wiesz, że ja mam już tatę" - kiedyś tak zwierzała się matce
- "czy ty wiesz, że ja mam już tatę"...